Jeleniogórzanie w Alpach

Przeważnie jeżdżę na rowerze samotnie. Czy to „wyścigówką”, czy „góralem”, czy wreszcie rowerem trekkingowym obładowanym sakwami. Lubię to. Kiedy jednak w 1994 roku zaproponowano mi udział w grupowej wyprawie rowerowej nie zastanawiałem sie specjalnie i zdecydowałem się od razu na ten wyjazd. Wydawał się dość atrakcyjny, gdyż wyprawie miał towarzyszyć cały czas samochód z rzeczami, by kolarze mogli sobie jechać bez obciążenia – i to na pięknych wyczynowych maszynach. I rzeczywiście! Organizatorom udało się doprowadzić imprezę do końca zgodnie z planem.

alpen_01

Uczestnicy wyprawy (stoją od lewej): Janusz Gartkiewicz, Tomasz Rażniewski, Michał Rażniewski, Zbigniew Dul, Andrzej Janocha

TRASA: Jelenia Góra – Żelezna Ruda – Braunau – Berchtesgaden (Niemcy) – Schliersee – Ehrwald (Austria) – Garmisch-Partenkirchen – Zirl – Strassen – Lienz – Grossglockner ( i Hochtor ) – Tristach – St. Michael – Schladming – Obertauern – Admont – Altenmarkt – Steyer – Kaplice (Czechy) – Ostra (n/ Łabą) – Mlada Bolesław – Jelenia Góra.

Celem głównym było wjechanie na piękną górą w Wysokich Taurach – Grossglockner ( a właściwie na przełęcz Hochtor 2504 m n.p.m.). Ale trzeba było tam najpierw dojechać a później wrócić. Większą część drogi, jak się później okazało, przejechano na rowerach. Trasa wiodła przez Czechy, Niemcy, Austrię, północne Włochy, Austrię i Czechy. Niestety przez tereny Włoch uczestnicy wyprawy musieli z powodu fatalnych warunków atmosferycznych, przejechać tylko samochodem. Ale na szczęście przez większą część drogi pogoda dopisywała. Cykliści przeżyli piękną przygodę, zrobili cudowny trening kolarski w przepięknej scenerii Alp i nie tylko. Okazało się, że i Czechy potrafią zachwycić i zmęczyć porządnie krótkimi, ale za to męczącymi podjazdami. Etapy były długie, ale trzeba wziąść pod uwagę to, że w tej wielodniowej wędrówce brali udział zaawansowani turyści i kolarze amatorzy (niektórzy z nich brali aktywny udział w wyścigach cyklosportu). Inicjatorami tego przedsięwzięcia byli Janusz i Tomek. Janusz – kolarski GURU dla wielu z nas, organizator niedzielnych treningów kolarskich ( wyciągał nas na rower nawet w niepogodę – swego czasu potrafił zgromadzić wokół siebie kilkunastu żądnych gonitwy po górskich szosach ścigantów ). Tomek, także zwariowany na punkcie roweru, na co dzień mieszkający od wielu lat w Kanadzie, postanowił po dużej przerwie pojeździć na dwóch kółkach po Europie. Umówili się po prostu telefonicznie: – JEDZIEMY ? – JEDZIEMY !!! No i … wyprawa doszła do skutku.

Dzień pierwszy – sobota 14.05.1994 r. Jelenia Góra – Żelezna Ruda. Przez Czechy przejechaliśmy samochodem. Szybko, bez specjalnych wrażeń. Tomek narzeka, bo jest przeziębiony.

Dzień drugi – niedziela 15.05.1994 r. Żelezna Ruda – Zwiesel – Grafenau – Passau – Scharding – Simbach – Braunau (150km). Pogodnie, przejazd przez Bayerische Wald w pięknym słońcu. Jechaliśmy w szybkim tempie. W Brunau złapał nas przelotny deszcz. Piliśmy piwo w gospodzie, później jeszcze w aucie czekaliśmy aż przestanie padać. Kolarze – „nie z cukru”, ale po co niepotrzebnie moknąć … Na campingu w malutkim Braunau – cisza i spokój. Nawet wlaściciele wcale nie pojawili się, by odebrać należność za biwakowanie.

Dzień trzeci – poniedziałek 16.05.1994 r. Braunau – Oberndorf – Frelassing – Bad Reichenhau – Berchtensgaden (110 km). 45 kilometrów przez Austrię, potem spowrotem w jechaliśmy do Niemiec. Po drodze panorama Alp Salzburskich, ładna droga do Berchtensgaden wijąca się w dolinie. Schonau a. Konigssee. Camping w górach, zajadamy się makaronem przygotowanym przez samozwańczego kucharza wyprawy Zbyszka D, patrząc na okoliczne szczyty. Po obiedzie jedziemy nad Konigssee. Długie jezioro wrzynające się daleko w góry. Jest tutaj przystań stateczków wycieczkowych – można podziwiać Alpy z wody; coś jak fiordy norweskie. W okolicy atrakcja turystyczna – kwatera Hitlera. Na straganach przy głównym deptaku kurortu: „Mein Kampf”.

Dzień czwarty – wtorek 17.05.1994 r. Berchesgaden – Sch. Waimbach – Reit im Winkl – Oberaudorf – Schliersee (136 km). Na samym początku „złapałem gumę”. Zostałem z tyłu „peletonu”. Zmiana dętki zajęła trochę czasu. Koledzy przypomnieli sobie o mnie i auto zawróciło. Żeby nie tracić czasu i sił podjechałem kawałek siedzac wygodnie obok kierowcy. Dzisiaj jechaliśmy piękną ale ruchliwą szosą alpejską (Deutsche Alpenstrasse). Meta w malowniczo położonym Schliersee małej miejscowości nad jeziorem o tej samej nazwie.

Dzień piąty – środa 18.05. 1994 r. Schliersee – Tegernsee – Krun – Garmisch Partenkirchen – Ehrwald (122 km). 50 % trasy jechaliśmy bocznymi drogami. Mały ruch samochodowy. Dużo ciekawych widoków. Ładne Tegernsee, wspaniałe, niekończące się Sylvan-stein-see… Tutaj obiad nad rzeką. Zbyszek tradycyjnie sprawnie rozstawia kuchnię polową. Odpoczywamy godzinę, sprzątamy, myjemy naczynia piaskiem rzecznym. Ruszamy dalej. Jedziemy teraz doliną Isary; piękny odcinek – przez lasy, prywatną, płatną drogą. Pod koniec tego etapu – długi zjazd do Ga-Pa i jeszcze lekko pod górę do Erhwaldu, już po stronie austriackiej.

Dzień szósty – czwartek 19.05.1994 r. Dzisiaj mamy wolne. Odpoczywamy po trudach podróży. Ale jak przystało na turystów, jest to czynny wypoczynek. Namioty i rowery zostały na campingu a my wszyscy wróciliśmy się do Garmisch Partenkirchen aby zwiedzić to sławne miasto.

Dzień siódmy – piątek 20.05.1994 r. Erhwald – Fernpass – Nassereith – Imst Ozt – Zirl – Włochy – Strassen (tylko 50 km na rowerach). Kiedy ruszaliśmy w dalszą drogę jeszcze nie padało. Podczas wjazdu na Fernpass napawaliśmy się widokiem mgieł, nad górami. Okoliczne granie były zasłaniane chwilowo przez wędrujące chmury. Szosa prowadziła przez piękny las. Po szybkim zjeździe z przełęczy, pogoda załamała się. Okazało się, że nie możemy zrealizować planowanej trasy – mieliśmy wspiąć się do Solden i na Timmelsjoch (przejazd przez przełęcz był zamknięty z powodu dużej ilości śniegu w tym rejonie Alp). Z powodu padającego, ulewnego deszczu jeden po drugim schodziliśmy z rowerów by w końcu w komplecie już, usadowić w naszym samochodzie. Tak przejechaliśmy Włoskie Alpy. Wieczorem znowu przekroczyliśmy granicę i wjechaliśmy do Austrii. Nocowaliśmy tego dnia na prywatnych kwaterach (w miejscowości Strassen), w chłopskim gospodarstwie, gdzie wyraźnie zalatywało obornikiem. Ale pokoiki schludne, czyste; łóżka wygodne.

Dzień ósmy – sobota 21.05.1994 r. Strassen – Lienz – Tristach – Gletcherstrasse – Franz Joseph Haus (103 km). Dobrze wyspaliśmy się pod austriackimi pierzynami. Rankiem wyjrzało słońce. Pożegnaliśmy się z miłymi gospodarzami i wyruszyliśmy w dalszą drogę. Przed nami przyjemny odcinek drogi. 25 kilometrów równej jak stół szosy – łagodnie opadającej w dół. Zjeżdżaliśmy szybko do Lienzu (po prawej stronie szczyty Dolomitów). Przejechaliśmy przez miasto nie zatrzymując się na razie; zwiedzanie zostawiając na wieczór. Chcieliśmy jak najszybciej ulokować się na campingu i zrobić popołudniowy „skok” na Grossglockner. Rozlokowaliśmy się w małym Tristach nad ładnym jeziorkiem. Po lekkim posiłku i krótkim odpoczynku udaliśmy się na sławną drogę alpejską. Początkowo pedałowało się znakomicie. Jednak pogoda znowu załamała się. Jechaliśmy pod górę w strugach deszczu. Mimo złej pogody nastroje były nie najgorsze. Mieliśmy w planie poświęcić całe dwa dni na jazdę po Wysokich Taurach. Na przełęcz wjedziemy jak nie dziś, to jutro !!! Ostatecznie tego dnia na kontynuowanie jazdy w tych warunkach zdecydowaliśmy się tylko we dwóch: Tomek i ja. Koledzy postanowili przerwać jazdę i podjąć drugą próbę ataku następnego dnia. Tak więc obaj ruszyliśmy w chmury. To było przeżycie! Ostry podjazd serpentynami w gęstym mleku. Nic nie było prawie widać. Po dwóch godzinach jazdy, ciągle stojąc na pedalach, zostawiamy mgłę za sobą. Nagle otworzył się piękny widok na góry i wielki Grossglockner. Skręciliśmy w lewo do lodowca. Jeszcze chwila i jesteśmy na miejscu. Przytulne i ciepłe wnętrze Franz Joseph Haus (2418 m n.p.m). Gorąca herbata i coś tam jeszcze … Siedzieliśmy na wygodnych krzesłach dobrą godzinę. Na zewnątrz poprawa pogody. Wyszliśmy i robimy kilka zdjęć lodowca, widoczny jest jego długi język; jak na obrazku w książce. Wreszcie … rowerowy wariacki zjazd. Pozostali kolarze czekali na nas przy strefie opłat za przejazd. Wspólnie już (samochodem) dojechaliśmy do naszego campingu w Tristach. Po kolacji – spacer po uroczym Lienzu.

Dzień dziewiąty – niedziela 22.05.1994 r. Jednak wczorajszy podjazd dał mi się na tyle we znaki, że postanowiłem dzisiaj zrobić sobie przerwę. Koledzy pojechali zdobywać Hochtor, a ja przeleniuchowałem cały dzień, gapiąc się na okoliczne wierchy albo obserwując ławice pstrągów w pobliskim strumieniu.

Dzień dziesiąty – poniedziałek 23.05.1994 r. Tristach – Lienz – Spittal – St. Michael (125 km). Pierwsza część etapu łatwa, płasko i przyjemnie – jechaliśmy dolinami, wzdłuż rzeki Drau i Lieser. Ale pod koniec dnia niesamowita wspinaczka na Katschbergpass (1641m). 15% nachylenie drogi. Wjazd na przełęcz kosztował mnie wiele sił. Po krótkim odpoczynku i nałożeniu na siebie ciepłych kurtek zjeżdzaliśmy pięknymi serpentynami do ślicznego St. Michael malowniczo położonego w rozległej dolinie Lungau. Wspaniałe miejsce znajdujące się z dala od głównych szlaków komunikacyjnych. Podobno w zimie okolice te są rajem dla narciarzy. Po rozlokowaniu się na polu namiotowym odpoczywamy przed wjazdem na następną „ścianę płaczu”.

Dzień jedynasty – wtorek 24.05.1994 r. St. Michael – Obertauern – Radstadt – Schladming – Lienzen – Admont (140 km).

Przejazd przez Obertauern dostrczył nam niezapomnianych wrażeń. Najpierw trudne 15% podjazdy, później niespodzianka w postaci olbrzymiego zbiorowiska hoteli na szczycie położonej na wysokości 1740 m n.p.m. drogi Radstadter Tauern. Zimą to miejsce jest jednym z najbardziej ekskluzywnych ośrodków sportowych w środkowej Europie. Patrzyliśmy z podziwem na turystyczne miasteczko i widoczne z daleka pajęczyny wyciągów narciarskich. Zjazd do Radstadt był kolejnym, szaleńczym przedsięwzięciem. Rawki rozgrzewały się niebezpiecznie podczas hamowania na wirażach …

Dzień dwunasty – środa 25.05.1994 r. Admont – Altenmarkt – Steyer – Frestad – Kaplice ( tylko 30 km na rowerach). Bardzo późno wyjechaliśmy na trasę. Tego dnia pogoda była fatalna. Po prostu ściana deszczu, jezdnia mokra do granic możliwości. I wiatr … Szkoda, bo okolica przez którą przyszło nam jechać, urokliwa. Przepiękny przełom rzeki Enns. Nieskończenie wiele zakrętów, nieskończona ilość malowniczych dolinek. Ale już szybko opuszczamy Alpy i Austrię. Granicę przekroczyliśmy o godz. 18.00. Nocleg na prywatnych kwaterach w miejscowości Kaplice już po stronie czeskiej.

Dzień trzynasty – czwartek 26.05.1994 r. Kaplice – C. Budejovice – Tabor – Ostra n/Łabą (202 km). Wypogodziło się i w dobrych warunkach przejechaliśmy w szybkim tempie 120 km. Wyszła „średnia” 30 km na godzinę. Niewielkie, ale czasem dokuczliwe „kopce” po drodze. Obiad i … długa przerwa na pięknej leśnej polanie. Jeszcze 82 km (już spokojniej) jedziemy bocznymi drogami, omijając Pragę. Wieczorem (trudno to opisać) znowu ulewa. Ale zdążyliśmy na campingu jeszcze rozbić namioty.

Dzień czternasty – piatek 27.05.1994 r. Bez rewelacji. Rano przejechaliśmy tylko 30 km na rowerach. Ulewa znowu pkrzyżowała nasze plany. Rowery na dach! I tak zakończyliśmy wyprawę.

Podziel się
Share on Facebook4Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on Tumblr0